Polecane Strony:

terapiapoznan.pl - psychoterapia Poznań
jwbudownictwo.pl - domy pod klucz
tomaszkiewicz.org - Akt notarialny
szkolenia-semper.pl - szkolenia administracja
gral.nieruchomosci.pl - biuro nieruchomości sosnowiec
Zapraszamy.
A A A

Anna Karenina - część szósta

 

 

 

— Tak jest. A ty go znasz?
— A jakże; znam go. Miałem z nim różne interesa „faktycznie i ostatecznie.
Stiepan Arkadjicz roześmiał się, „faktycznie i ostatecznie były bowiem ulubionymi wyrażeniami kupca.
— Tak, niesłychanie zabawnie gada... Zrozumiałaś, dokąd pan się wybiera?! — dodał klepiąc Łaskę, która skomląc kręciła się dokoła Lewina i lizała mu to ręce, to strzelbę i buty.
Kiedy wyszli na ganek, linijka już czekała, —- Kazałem zaprząc, choć to niedaleko. A może byśmy poszli pieszo?
— Nie, lepiej jedźmy — odrzekł Obłoński podchodząc do linijki.
Usadowił się, owinął nogi tygrysim pledem i zapalił cygaro. — Jak ty możesz nie palić! Cygaro to właściwie nie tyle przyjemność, co ukoronowanie przyjemności, jej symbol. To dopiero życie! Ach, jak tu dobrze! Tak właśnie chciałbym żyć i ja!
— A któż ci w tym przeszkadza? — uśmiechnął się Lewin.
— Nie! Jaki z ciebie szczęśliwy człowiek. Masz wszystko, co lubisz. Lubisz konie — masz konie; lubisz psy — masz psy; lubisz polowanie — masz polowanie; lubisz gospodarstwo — masz gospodarstwo.
— Może dlatego wydaję ci się szczęśliwy, ponieważ cieszę się tym, co mam, a nie tęsknię za tym, czego nie mam — odrzekł Lewin przypominając sobie Kitty.
Tamten spojrzał na niego: zrozumiał, co ma na myśli, lecz nic nie powiedział.
Lewin był wdzięczny przyjacielowi za to, że ten ze zwykłym sobie taktem nie wszczął rozmowy o Szczerbackich, domyślając się, że Lewin się jej obawia. Teraz wzięła go chęć dowiedzieć się wreszcie o tym, co go tak dręczyło, nie śmiał się jednak o nic zapytać.
— A jakże twoje sprawy? — zagadnął spostrzegłszy się, że to niepięknie z jego strony myśleć tylko o sobie.
Oczy Obłońskiego Wesoło rozbłysły: zrozumiał pytanie Lewina po swojemu.
— Cóż, kiedy ty nie uznajesz, żeby człowiek poza należną mu ordynarią mógł jeszcze dopominać się o rogale. Według ciebie jest to przestępstwo, ja zaś nie uznaję życia bez miłości. Cóż robić, takim mnie już Pan Bóg stwo-
rzył. I doprawdy, to tak niewiele szkodzi komukolwiek, a mnie sprawia taką przyjemność.
— Czyżbyś miał co nowego?
— Mam, bracie! Czy znasz ten typ kobiet osjanowskich, kobiet, jakie widuje się w snach?... Otóż takie kobiety istnieją i na jawie... i są niebezpieczne. Kobieta, uważasz, to jest taki przedmiot, że choćbyś go nie wiem jak długo studiował, zawsze wszystko w nim będzie dla ciebie nowe.
— W takim razie czy nie byłoby lepiej nie studiować?
— O, nie! Jakiś matematyk powiedział, że rozkosz polega nie na odkryciu prawdy, lecz na jej poszukiwaniu.
Lewin słuchał w milczeniu i mimo trudu, jaki sobie zadawał, nie zdołał wniknąć w psychikę przyjaciela i zrozumieć uroku studiów nad tego rodzaju kobietami.

XV

Miejsce ciągów było niedaleko, nad rzeczką, w niewielkim osiniaku. Dojechawszy do lasu Lewin zsiadł i zaprowadził Obłońskiego na koniec grząskiej, mchem pokrytej polanki, która już była wolna od śniegu. Sam powrócił na skraj przeciwległy, pod bliźniaczo zrośnięte dwie brzozy, i oparłszy strzelbę o rozwidlenie suchego dolnego sęczka, zdjął okrycie, opasał się mocno i wypróbował, czy może swobodnie poruszać ramionami.
Stara, osiwiała Łaska, która szła za nogą pana, teraz siadła ostrożnie naprzeciw niego i nastawiła uszu. Słońce zachodziło za starodrzew i na blasku zorzy zarysowywały się wyraźnie rozsiane po osiniaku młode brzózki z napęczniałymi, niemal pękającymi pączkami u zwisających gałęzi.
Z gęstwiny, gdzie jeszcze pozostał śnieg, ciekła ledwo dosłyszalnie krętymi, wąskimi strumyczkami woda. Drobne ptactwo świergotało i od czasu do czasu przelatywało z drzewa na drzewo.
W przerwach głębokiej ciszy słychać było szelest poruszających się zeszłorocznych liści; to zaczynała pod nimi tajać ziemia i kiełkować trawa.
. „No proszę!... Słychać i widać, jak trawa rośnie! — pomyślał Lewin dostrzegając, jak obok źdźbła młodej trawki poruszył się ciemnopopielaty, jak gryfel, mokry liść osiny. Stał, słuchał i patrzał w dół na wilgotną, omszałą ziemię i nadsłuchującą Łaskę, to znów w górę na ścielące się przed nim morze nagich wierzchołków lub na mierzchnące niebo, pokreślone białymi pasemkami chmur. Jastrząb, łopocąc z wolna skrzydłami, przeleciał: wysoko nad dalekim lasem, za nim tak samo poszybował drugi i znikł. Ptaki coraz głośniej i niecierpliwiej świergotały w gąszczu; nie opodal zahukał puchacz. Łaska drgnęła i zrobiła ostrożnie parę kroków, po czym przechyliła łeb i jęła z uwagą nadsłuchiwać. Z drugiej strony rzeczki dobiegało kukanie kukułki. Zakukała dwa razy zwykłym głosem, po czym ochrypła, zaczęła się śpieszyć i zmyliła

Strony: 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 ... 30 Następna »